01.03.2019
Rozmowa Andreasem Prokesem z Karimpol Polska.
DZP 25: Panie Dyrektorze, znamy się już od wielu lat, gdyż wspólnie prowadziliśmy bardzo długą batalię sądową na rzecz Państwa firmy. Jednak historia Waszej obecności w Polsce jest znacznie dłuższa.
Andreas Prokes: Tak, jesteśmy tu obecni już od 1997 r.
Czym zajmuje się Karimpol Polska?
Jesteśmy dużym austriackim deweloperem specjalizującym się w budowie wysokiej jakości biurowców w państwach Europy Środkowo-Wschodniej. Polska jest naszym największym rynkiem.
Jak wyglądał rynek nieruchomości biurowych w chwili, kiedy zainteresowaliście się Polską?
Był prawie dziewiczy. Dopiero wchodziły tu przedsiębiorstwa deweloperskie z Europy Zachodniej. Warto wspomnieć, że między innymi nasza firma „cywilizowała” w Warszawie tzw. West End, czyli rejony Al. Jerozolimskich za Dworcem Zachodnim. Wybudowaliśmy tam szereg budynków biurowych, które do dziś są użytkowane.
Jak Pan postrzega rynek polski na tle innych krajów z regionu?
Polska to rynek zdecydowanie najbardziej dynamiczny, z wysoką kulturą pracy oraz – patrząc na naszą branżę – z dość stabilnym i przewidywalnym systemem administracyjno-prawnym. Mam na myśli m.in. procedurę uzyskiwania warunków zabudowy czy system sądownictwa wieczysto-księgowego. To na pewno przemawia na korzyść Polski w stosunku do innych krajów regionu, takich jak Republika Czeska, Słowacja, czy Węgry.
To jednak w Polsce przeprowadziliście jedną z najdłuższych w historii polskiego sądownictwa batalię sądową?
Tak, sprawa dotyczyła sporu z jednym z naszych najemców zajmujących jeden ze wspomnianych budynków w Al. Jerozolimskich.
Jak do tego doszło?
Wspomniany najemca uznał, że nie wiąże go już umowa najmu i po prostu opuścił budynek. My nie zgadzaliśmy się z takim podejściem i uważaliśmy, że umowa nadal obowiązuje. Był to rzeczywiście dość niecodzienny przypadek, kiedy najemca zachowuje się w tak – powiedziałbym – ekstrawagancki sposób.
Ten spór przeszedł nawet do annałów polskiego sądownictwa.
Dokładnie tak. Ten wydawałoby się prosty spór w istocie trwał ponad dziesięć lat. W tym czasie przeprowadzone zostały trzy postępowania arbitrażowe przed Sądem Arbitrażowym przy Krajowej Izbie Gospodarczej, przeszliśmy też przez wszystkie instancje sądownictwa państwowego, a sprawa cztery razy była na wokandzie Sądu Najwyższego.
To był prawdziwy rollercoaster?
Tak właśnie było. Nasz przeciwnik był bardzo zdeterminowany i nie przebierał w środkach, żeby sprawę wygrać. Posunął się nawet do zainicjowania postępowania karnego, które jednakże zakończyło się korzystnym dla nas orzeczeniem.
Co Pan najbardziej pamięta z tych lat spędzonych w różnych sądach?
To przede wszystkim sytuacja, w której nasz przeciwnik tak zażarcie z nami walczył, chociaż wiedzieliśmy, że to my mamy rację. Najbardziej irytowało nas to, że dla celów biznesowych sięgnął po arsenał postępowania prokuratorskiego i karnego. Zostało to jednak należycie ocenione przez sądy, które stwierdziły, że była to instrumentalizacja tych środków.
Muszę jednak dodać, że przez cały czas tej dziesięcioletniej batalii wiedzieliśmy, że jesteśmy w dobrych rękach kancelarii DZP, która nigdy nie zwątpiła w nasze wspólne racje i zawsze miała gotowe argumenty prawne. Co więcej, była zawsze otwarta na nasze prośby i sugestie. Zawsze też prawnicy DZP byli dostępni i odpowiadali na nasze pytania. Wiem też, że te liczne orzeczenia, zwłaszcza wyroki Sądu Najwyższego, które zapadły w tej sprawie, miały charakter precedensowy dla rozwoju orzecznictwa sądowego. Przykładowo, Sąd Najwyższy – przy okazji naszej sprawy – wydał w kwietniu 2012 r. przełomowe orzeczenie, iż sąd arbitrażowy jest związany wcześniejszym wyrokiem arbitrażowym. Aż do momentu wydania tego wyroku sądy polubowne i powszechne prezentowały inne stanowisko. Od tego wyroku zależało powodzenie naszej sprawy. Ten wyrok był później cytowany w piśmiennictwie i omawiany na licznych konferencjach naukowych. Stawiamy zatem nie tylko fundamenty pod budynki biurowe, ale i pod rozwój polskiego orzecznictwa sądowego (śmiech)
Ale przecież ten spór trwał aż dziesięć lat. Czy nigdy Państwo nie zwątpiliście w swoje racje?
Były momenty, kiedy myśleliśmy, że kosztuje nas to zbyt wiele siły i nerwów. Przecież równolegle prowadziliśmy inne projekty biznesowe w Polsce, ale ostatecznie wierzyliśmy w rację naszych argumentów, fachową pomoc kancelarii DZP, no i wreszcie w niezawisłość sędziowską. Na niczym się nie zawiedliśmy.
„Odwiedziliście” wszelkie możliwe fora sądowe. Patrząc z perspektywy czasu, czy uważa Pan, że polskie sądy działały źle bądź zbyt ociężale? Pytam, bo w Polsce odbywa się głęboka zmiana wymiaru sprawiedliwości kontestowana przez wiele autorytetów oraz organy Unii Europejskiej.
Oczywiście, w pewnych sytuacjach można byłoby powiedzieć, że te procedury powinny zakończyć się szybciej. Mieliśmy jednak do czynienia z bardzo skomplikowaną materią, a w sprawę zaangażowanych było kilka sądów rozpoznających sprawę na różnych etapach. Obserwując pracę sędziów czy arbitrów widzieliśmy jednak, że podchodzą oni do tematu bardzo uważnie, a to wymaga czasu. Każda skomplikowana sprawa musi po prostu trwać odpowiednią ilość czasu. Powinna być ona zakończona słusznym i rzetelnym wyrokiem, a nie wyrokiem, który jest napisany „na kolanie”. Z tego też względu, obserwując nieco z zewnątrz to, co się dzieje z polskim wymiarem sprawiedliwości, wyrażam troskę, czy te zmiany nie wpłyną na upolitycznienie polskiego sądownictwa.
Nie sposób nie zapytać o Państwa dalsze plany biznesowe w Polsce.
Właśnie budujemy budynek biurowy Skyliner przy Rondzie Daszyńskiego w Warszawie. Planujemy oddać go do użytku w lipcu 2020 r. To jest nasze flagowe przedsięwzięcie w Polsce i w tym regionie Europy. Myślimy także o dalszych inwestycjach w Polsce i wierzę, że obędzie się to już bez tak dramatycznych przygód, jak w przypadku tej historii, o której sobie opowiadaliśmy.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Paweł Lewandowski